Sentymentalny rzut oka w przeszłość

 Ile to już razy wracałam tu i odchodziłam na nowo? Trudno zliczyć! Jednak pora jesienna zawsze daje mi mnóstwo nadziei na wykopanie z przepełnionych codziennymi obowiązkami szuflad dawnych pasji i przyzwyczajeń. Sekunda chłodniejszego powietrza na skroni, kilka wersów Asnyka wyczytanych przy filiżance hibiskusowej herbaty i już wiem, że wracam do pisania. W szkicach leżą dwa teksty, ale dziś będzie sentymentalnie, nostalgicznie i przeszłościowo.

 

Kiedyś pisałam bloga, który w rzeczy samej blogiem z prawdziwego zdarzenia nigdy winien się nie nazywać (a może jednak winien?). Pisałam nieco chwiejnie i dla wielu niejasno w poszukiwaniu rozwiązań najpierw nastoletnich, później po-nastoletnich problemów. Znajomi z liceum, a później ze studiów, często patrzyli na to moje pisanie z przymrużeniem oka, a ja zastanawiałam się dlaczego nikt nie czuje mojego „czucia”. Dziś wparowałam na tegoż właśnie bloga, by przypomnieć sobie „małe co nieco” moich wielkich i małych wówczas problemów. I oto, jakie perły z otchłani internetu dla Was wyciągam:

* * *

marzec 2009 

Czasami budujemy zamki z piasku przy samym brzegu oceanu, licząc na to, że przypływu nigdy nie będzie a nasze budowle przetrwają największe sztormy, burze, wiatry i fale.

Czasami potrafimy przewidzieć przyszłość, do której usilnie nie chcemy się przyznać. Może nie tyle wynika to z naszych ‚chciejstw’ ile ze strachu, że rzeczywiście stąpamy po niepewnym gruncie. Widzimy to, co będzie jednak bez jakichkolwiek szczegółów pokazujących choć ułamek sensu. W głowie mając jedynie zarys niedoznanych odczuć, czy niewypowiedzianych słów sami budujemy szablon przyszłości.

I nieważne czy przyszłość ta jest uśmiechem, czy też łzami- wszystko zachowujemy dla siebie. I albo mocno trzymamy kciuki, a przed każdym snem powtarzamy w myślach ‚aby wreszcie się spełniło’, albo zapisujemy mające-(nie)nadejść-nieszczęście na kartce, potem rozrywamy ową kartkę na tysiące małych kawałeczków, aby ostatecznie spalić ją w kominku. I popijając czarną herbatę modlić się, by zapisane tam zdania nigdy nie wróciły.

Ale wrócą… To tylko kwestia czasu. A pomimo tego, że czas nigdy nie działa wstecz, to przecież nawet zepsute zegary raz dziennie wskazują prawidłową godzinę.

I jestem przeziębiona.

I pada deszcz, a dzień minął mi spokojnie. Mój zamek z piasku nadal istnieje.

sierpień 2011

nie odwracamy się zbyt często. ciężko złapać oddech przy powietrzu ustawionym do nas wprost nieproporcjonalnie. do naszych mózgów. do naszych kręgosłupów równolegle do życiowych desperacji. wybuchów. rozgrzanych myśli hałasujących nad głowami.
nie przychodzi mi do głowy, gdzie możesz być, gdy nie śpisz u mnie za poduszką. gdy nie mówię do ciebie, że nie tak miało to wyglądać wtedy i nie inaczej teraz. gdy znów cię nie ma. a ja przed porankiem liczę na palcach słowa które udało mi się zapamiętać. które wplątały my się między kosmyki niepoukładanych włosów. warkocze niezręcznych uśmiechów. onirycznie smutne oczy. i że zawsze powinniśmy robić to, na co mamy ochotę. by być szczęśliwą mam zamienić się w uosobienie nie-dobroci ? oczywiście ‚życie chwilą’ chce być w modzie na siłę. schowana w szafie między bladym beżem a pudrową różą moja stanowczość przegrała z twoim ‚czy to był uśmiech ?’ .

szybujemy poza granicami. i chociaż ich nie dostrzegasz.. mam w sobie tą słabość, która nie daje mi odetchnąć. oddechy usilnie zatrzymują mnie na startów początkach końcowych.daj mi jakiś znak, że nie i tak. mój notatnik pęka w szwach.

kwiecień 2013

Kiedyś pragnienia moje odzwierciedlały przepaści nienaruszonych normalnością chwil. Chciałam być artystką i obracać swoje niespełna 50kg masy wśród ludzi o zniekształconych, jak mój, umysłach. Pragnęłam być omegą alphy. Co dotknęło mnie w świecie wyobraźni najbardziej ? Te cuchnące głupstwa jakich wymaga cię od artystycznych niedopałków, ognisk płonących krzykiem. Chciałam być ‚artystką’ i nieźle mi to nawet do czasu wychodziło. Do czasu. Później zrobiłam krok w tył. I kilka upadków w dół. I nie mam siły się podnieść patrząc na to, jak Alonę Iwanowną zabija się z miłości do wzbudzania kontrowersji. Alona Iwanowna zginęła podczas teksańskiej masakry piłą motorową, od strzału w tył głowy z pistoletu na kapiszony zakupionego na allegro w cenie 10.99. Plus przesyłka.

luty 2014

zasłyszane ukradkiem cichą wersją szeptu słowa zamilkły nagle. z nadzieją, że druga strona zagra melodie będąc pierwszą z kolei. w kolejkach długich stojąc donikąd. a ja obudzona cichym gestem mgły opadającej na to miasto zdałam sobie sprawę (już dawno całkiem), że mi moje myśli figle płatają okropne. że makijaż mój nieczysty zostawił pod okiem plam kilka kruchych. i że wielkie nadzieje rosną najczęściej tam, gdzie słońce zdaje się nie zachodzić, ale spacerować tylko po niebie, lekko kroki stawiając posłuszne. czasem moje myśli dużo mocniejszy nacisk kładą na me serce, które bez opamiętania bije nadal. lecz tchu mu brak, kiedy czuje, że tak naprawdę nic bez przyczyny dziać się nie winno.

styczeń 2015

Rodzimy się, uśmiechamy, cierpimy, jemy śniadania i lody truskawkowe pod tym samym niebem. Krzywdzimy, wiążemy koniec z końcem, rozwiązujemy zagadki i umieramy pod tym samym niebem. Zaskakoczenia i niedopowiedzenia spotykają nas pod tym właśnie niebem. Niebem, które zmienia barwy, ukrywa swoje ciało pod szalem z chmur, jest mieszkaniem życiodajnego słońca. Niebem płaczącym, niebem lawirującym między znanym i mniej znanym.  Niebem, którego nie możemy dotknąć fizycznie, chociaż w naszych myślach i marzeniach tak często daje nam się złapać. Urzeczywistnia wiele z naszych pragnień, z czego nie do końca zdajemy sobie sprawę.

Życie często umyka nam między palcami niespodziewanie. To, co rok temu wydawało się nam niemożliwym, z czego śmialibyśmy się do łez, lub przed czym drżelibyśmy wtuleni w zapach skóry niegdyś bliskiej, przydarza nam się nagle. Nagłość ta wynika czasem z wybuchu bomby tuż pod naszymi stopami, czasem tłum ludu rozpychając się łokciami dociska nas do niemożliwego, często jednak bywa tak, że wystarczy kilka słów i niepotrzebnych gestów, aby teraźniejsza przeszłość zapadła się w uporczywie krzykliwą ciszę. I wszystko to pod tym samym niebem.

Prawda nigdy nie jest do końca doskonała. Nigdy nie ma jednej prawdy. Tylko niebo jest jedno. Tylko niebu przyglądają się nasze oczy w codziennym milczeniu.

Dotykam go leżąc pod jego uparcie prawdziwą istotą. Codziennie rozmawiam z nim w myślach o pomyłkach przeszłości i planach na kolejne tygodnie. Codziennie jest ono dla mnie zagadką. I będzie tak do samego końca. Do ostatniego dotyku dłoni, ostatniego oddechu i ostatniej łzy.

* * *

I po co to wszystko?

Te moje małe chwile wynurzeń przyozdobionych smutkiem wprawiły mnie w naprawdę niemałą zadumę.

Rzecz pierwsza – zawsze byłam raczej pogodną dziewczyną (ba! nadal nią jestem!), a w mojej słownej twórczości sprzed kilku lat trudno jest znaleźć teksty przepełnione euforią, skokami w stronę nieba z chcę więcej na ustach. Skąd tu tyle smutku?! No cóż.. po dwóch chwilach zastanowienia stwierdzam, że nie był to taki smutek SMUTEK, a raczej nostalgia. A ta jest moją odwieczną przyjaciółką. Zawsze gdzieś z tyłu głowy lub tuż przed nosa czubkiem, wychylająca się zza kubka z kawą.

Rzecz druga – zawsze chciałam być „artystką”, bo mama odkąd pamiętam powtarza mi, że niezła ze mnie artystka. Co dokładnie świadczy o tym, że jest się artystą lub się nim nie jest? Czy nie jest trochę tak, że każdy z nas ma w sobie coś oderwanego od rzeczywistości na tyle, że moglibyśmy nazwać go artystą? Moim „odchyłem” zawsze było pisanie. Blog był publicznie dostępny, więc musiałam pisać tak, aby nikt (albo prawie nikt) poza mną nie do końca wiedział o co w tym wszystkim chodzi. Koronuję więc sama siebie na artystkę, bo każdy odbiorca moich tekstów może w nich znaleźć swoją prawdę. Bam!

I trzecia rzecz – bardzo się cieszę, że tak dużo pisałam, że moje rozkminy przelewałam na bloga i mam do nich teraz dostęp. I przyznam się Wam, że uroniłam kilka łez, kilkanaście razy się uśmiechnęłam i parokrotnie serce zabiło mi szybciej, gdy przeszukiwałam to miejsce, by przekleić tu skrawek mojej przeszłości. Całkiem niedawno rozmawiałam ze znajomą, że fajnie byłoby pisać pamiętnik od dzieciaka i otworzyć go po dwudziestu latach. Ja do pamiętników nigdy nie miałam większej pasji, owszem – jest jeden lub dwa z czasów późnej podstawówki / wczesnego gimnazjum, ale te zapiski to raczej opis dnia w szkole, czy wyjazdu na kolonie, co owszem – jest fajne – ale bez emocji. A tu, na tym blogu, emocji mam dostatek. Całe eseje emocjonalne. Wzrusz, że to mam i radość, że lubię pisać.

No więc tym nostalgicznym akcentem robię mały come back i obiecuję zaglądać tu częściej. Przede wszystkim obiecuję sobie, bo już teraz wiem, że za dziesięć lat, Weronika, lat 36, będzie ogromnie ciekawa tej dwudziestosześciolatki i jej dwudziestoletnich rozważań. Może już nieco poważniejszych. A może nie. To się okaże!

Ahoj, wróciłam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *