Artyści naszych czasów artystami tamtych czasów, czyli „Ostatnia rodzina” Jana Matuszyńskiego

Są takie momenty, kiedy po wyjściu z kinowej sali słowa zamarzają gdzieś pod strunami głosowymi. Gdy trudno jest nawet o uśmiech do biletera „zapraszającego ponownie”. Gdy szum natłoku myśli w głowie jest głośniejszy niż skrzyżowanie Nowego Światu z Foksal w środku lata.  

„Ostatnia rodzina” Jana Matuszyńskiego to nie tylko opowieść o Beksińskich, to również, a może przede wszystkim, historia o trudnej do rozszyfrowania duszy, na którą „cierpią” artyści, historia zwyczajnej i nadzwyczajnej śmierci i ostatecznie historia uczuć mocnych do tego stopnia, że wbijają one w fotel tak, że kolana sztywnieją i nie chcą się rozprostować. Po premierze „Bogów” Palkowskiego w 2014 roku myślałam, że na kolejny, tak wybitny polski film będziemy musieli długo poczekać. Myliłam się, bo „Ostatnia rodzina” to w moim odczuciu arcydzieło polskiej kinematografii.

W kilkudziesięciu minutach zamknięta jest opowieść niezwykła. Ubrana w równie niezwykłe szaty. Po pierwsze scenografia dopieszczona w najmniejszym szczególe. Każde narzędzie, urządzenie, naczynie – wszystko przenosi widza w stan oderwania się od rzeczywistości i cofnięcia do historii, która pomimo swojej nieznacznej przecież odległości od naszego ‚teraz’, wydaje się być nieco zapomnianą.

Po drugie zdjęcia i montaż. Widz ma poczucie bycia niejako członkiem tej niezwykle (nie)zwyczajnej rodziny. Wchodzimy do domu Beksińskich w butach przemoczonych od deszczu, zdejmujemy szaliki, które sekundę wcześniej powstrzymywały płatki śniegu od łaskotania nas po szyjach. Ostatecznie jednak lądujemy w pracowni mistrza w kapciach. Czujemy się jak u siebie. Niektóre  sceny wydają się być ‚doklejone’, ale nigdy na siłę. Pomimo braku płynności historii odnosimy wrażenie jakiejś niewiarygodnej spójności. Rozwarstwiona rzeczywistość to przecież codzienna rzeczywistość. Ułamki chwil, które dzielą nas od łez śmiechu, poprzez słone krople wzruszeń, aż do goryczy i strumieni płynącego po policzkach smutku.

Po trzecie – najpiękniejsze – gra aktorska. Niewiarygodnie wiarygodna. Dozująca ciarki na plecach i gęsią skórkę na przedramieniu z chirurgiczną precyzją. Prawda, którą widać w każdym uśmiechu Andrzeja Seweryna, filmowym uosobieniu Zdzisława Beksińskiego.  Rozgoryczenie, które definiuje Tomasza Beksińskiego, i które w piękny sposób pokazał Dawid Ogrodnik. I wreszcie emocje, które czuć w każdym geście Aleksandry Koniecznej, odgrywającej rolę Zofii Beksińskiej – spoiwa ostatniej rodziny.

 Zbigniew Beksiński był niebywałym artystą. Jego dzieła hipnotyzowały i hipnotyzują do dziś niejednego miłośnika sztuki.  Artysta Tomasz Beksiński żył z trudem, bo niełatwo było mu się pogodzić z niewdzięcznym obrazem świata, który go przygniatał. Artyzm życia Zofii Beksińskiej polegał na dawaniu życia swojej rodzinie do ostatnich chwil jej własnego egzystowania, do ostatniego oddechu. Trójka tamtych Artystów odżyła na nowo dzięki Artystom czasów dzisiejszych. Dzięki Aktorom przez wielkie ‚A’, którzy stworzyli coś pięknego.

A sztuka bez piękna nie byłaby sztuką.

One thought on “Artyści naszych czasów artystami tamtych czasów, czyli „Ostatnia rodzina” Jana Matuszyńskiego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *