Moje pierwsze z NIĄ zderzenie.

Któregoś dnia obudziłam się zbyt wcześnie, zza okna przywitał mnie jasno-miękki widok budzącego się do życia miasta. Osnutego tajemniczą, lekką mgłą zawieszoną tuż nad tym małym czerwonym punkcikiem na szczycie Pałacu Kultury. Przewracałam się z boku na bok na moim materacu, zwanym ‚łóżkiem’, by po kilku minutach zrzucić z siebie kołdrę i szurając po ziemi nogami dotrzeć do kuchni po kawę, bez której nie wyobrażam sobie poranka. I właśnie wtedy mnie to trafiło.

Kiedy przyjeżdżałam tutaj na studia trzy i pół roku temu byłam przekonana, że zakochanie się w tym huku i wiecznym pędzie graniczy z cudem. Bałam się obojętności mijanego codziennie tłumu ludzi i lekceważących spojrzeń ekspedientów w sklepach. Wszystko wydawało mi się tutaj tak wielkie, że mojej małej głowie trudno było to ogarnąć.

Do Warszawy co roku napływa wielka fala młodych studentów, którzy – podobnie jak ja – pochodzą z małych miejscowości. Dam sobie palec uciąć, że większość z nich obawia się, jak poradzą sobie w tej nowej, dotychczas niecodziennej codzienności. Oczywiście obawy te często przyćmiewa ogrom ekscytacji, która niczym pierwsze zakochanie łaskocze po brzuchu. U mnie było podobnie – kiedy domknęłam ostatnią walizkę wiedziałam, że to, co czeka mnie następnego dnia długo nie pozwoli mi zasnąć. I rzeczywiście – nie pozwoliło. Gdy rodzice zostawili mnie już w Warszawie samą prawdę mówiąc nie wiedziałam od czego mam zacząć. Rozpakowanie walizek czy spacer po okolicy? Prysznic, a może zaspokojenie rosnącego z każdą sekundą głodu? Zaczęłam od lampki (a może szklanki?) półsłodkiego wina w towarzystwie mojej ówczesnej współlokatorki. Później z każdą sekundą było mi łatwiej.

Ale to był dopiero początek, dzień pierwszy, który trwał krótko. Kolejne dni i tygodnie to rozważne poznanie miejsca, w którym przyszło mi mieszkać, kłótnie o zmywanie garów (warto nadmienić, że mieszkałam w jednym apartamencie z 8 nieznanymi mi osobami), pierwszy papieros i wszędzie tłumy ludzi, którzy wedle mojego mniemania zawsze wyglądali dobrze, a ja tłumaczyłam to sobie faktem, że mieszkańcy Warszawy po prostu mają styl, klasę i uporczywy brak uśmiechu we krwi. Przerażała mnie ta ich lekkość bytu.

I tak oto zamknęłam się w sobie, chociaż moje wcześniejsze, nastoletnie życie pełne było wyrażania siebie, pełni optymizmu, chęci robienia czegoś więcej zawsze i wszędzie. Usilnie wierzyłam w to, że w Warszawie będę miała o tysiące więcej niż wcześniej okazji do rozwijania swoich pasji, do odkrywania nieznanego i że będę do tego dążyła wyposażona w ogrom determinacji. Niestety – wiara ta przepadła wraz z pierwszymi małymi niepowodzeniami, kiedy to nie udało mi się dostać do Szkoły Teatralnej, a później powiedziano mi, że tak naprawdę robię kiepskie zdjęcia. Wszyscy ludzie wokół mnie mieli już tyle osiągnięć na swoim koncie, że wydawało mi się niemożliwym dogonienie ich chociaż w połowie drogi. I odpuściłam. Moje życie zeszło na zupełnie niewyrastające ponad przeciętność tory. I widziałam Warszawę codziennie z coraz gorszym o niej mniemaniem. Jednak w mojej głowie wciąż uchowała się mała iskierka artystyczno-emocjonalno-pięknej nadziei na to, że w końcu uda mi się przechytrzyć świat i zacznę od początku.

Moja Warszawa, przez pierwszy tutaj spędzony rok, była zbyt głośnia, nazbyt pełna spełnionych ludzi, wypchana sztucznymi emocjami i niepotrzebną niczemu mną. Kryzys wielkich nadziei i niespełnione ambicje dawały mi w kość przez długi, długi czas. Po roku nastąpiła akceptacja, a późniejsze neutralne podejście do stanu rzeczy nie musiało długo czekać na moje poranne olśnienie, o którym pisałam na początku tego posta.

Olśnienie to dopadło mnie wraz ze wzrastającym wsparciem ze strony bliskich mi ludzi. W Warszawie nie ciężko jest poznać fascynujące towarzystwo. Jedyne, czego potrzebujesz to chęci. Chociaż Stolica nie raz podcinała mi skrzydła i chociaż często dzieje się to nadal, ten jeden poranek wystarczył, aby orzeźwić mnie do działania. Co zobaczyłam wtedy przez okno? Nic niezwykłego – budzącą się, śliczną, wiosenną Warszawę, na ulicy dzieciaki ze zbyt dużymi plecakami, ponad dachami bloków kilka ptaków lecących na wschód. I nieważne jest, co tak naprawdę mnie trafiło – ważna jest ta sucha łza, która otarła się lekko o kącik mojego szczerego uśmiechu i jedna w głowie myśl – nigdy nie można się poddawać.

One thought on “Moje pierwsze z NIĄ zderzenie.

  1. Śliczna końcówka wpisu, z którą zgadzam się w 100 % . Nigdy nie można się poddawać, nie ważne jak ciężko i źle by było. Życzę powodzenia i zapraszam do siebie :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *